Zapisz się do newslettera, aby otrzymywać informacje o nowych tekstach!
Niektóre słowa są nadużywane, lecz nie tracą przez to swojej funkcji – wręcz przeciwnie, stają się tym bardziej użyteczne im bardziej tracą precyzję. Polaryzacja jest dziś takim słowem. Brzmi naukowo, sugeruje symetrię, uspokaja. Mówi: po obu stronach stoją równorzędni przeciwnicy, każdy ze swoją racją i swoim lękiem, i ta właśnie równoważność czyni dialog trudnym, lecz możliwym. Kto mówi polaryzacja, mówi równocześnie: obie strony są sobie winne. Słowo to jest najchętniej używanym narzędziem zatarcia śladów, bo ukrywa fakt, że w Polsce nie mamy do czynienia z konfliktem symetrycznym, lecz z operacją prowadzoną z jednego kierunku.
Operacja ta ma architektów i ma materiał. Różni się od konfliktu dokładnie tak, jak różni się od niego chirurgia od walki ulicznej: w operacji jedna strona projektuje warunki, w których druga zachowuje się przewidywalnie – reaguje, eskaluje, wyczerpuje się – podczas gdy pierwsza pozostaje stroną definiującą reguły gry. Nienawiść polityczna, o której mówi się jako o wojnie plemion, nie jest wybuchem naturalnych afektów. Jest systemem zarządzania emocjami zbiorowymi, podsycanymi precyzyjnie, monitorowanymi w czasie rzeczywistym, uruchamianymi wtedy, gdyich efekt jest potrzebny. Za tym systemem stoją struktury – sieci organizacji, think-tanków, mediów i platform cyfrowych – lecz stoją za nim przede wszystkim ludzie, którzy czasem w całkowicie dobrej wierze wykonują każdy zaprojektowany dla nich gest i są szczerze przekonani, że działają w obronie wartości. A czasem cynicznie generują nienawiść, doskonale wiedząc co robią.
Badania potwierdzają asymetrię, choć środowiska, które je przeprowadziły, wolałyby wyciągnąć z nich inne wnioski. Paulina Górska z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego opublikowała w 2019 roku raport oparty na próbie tysiąca respondentów. Wyniki były na tyle niewygodne, że wzbudziły natychmiastową falę kwestionowania metodologii – przede wszystkim wśród tych, którym metodologia dała wyniki niezgodne z ich własnym obrazem siebie. Raport pokazał, że zwolennicy ówczesnych partii opozycyjnych żywią wobec wyborców PiS (rządzacego w tym czasie) znacznie silniejsze negatywne uczucia niż odwrotnie, dehumanizują ich w większym stopniu i ufają im mniej. Wyborcy opozycji rzadziej niż wyborcy PiS mieli w ogóle kontakt ze swoimi oponentami politycznymi. I co bodaj najważniejsze: byli błędnie przekonani, że to oni są stroną bardziej dehumanizowaną – podczas gdy dane mówiły odwrotnie. Wśród zwolenników opozycji dehumanizacja wyborców PiS okazała się silniejsza niż dehumanizacja wszystkich innych grup: Żydów, muzułmanów, uchodźców, osób homoseksualnych. Konserwatywny wyborca stał się w świadomości polskiego liberała kimś gorszym niż każda tradycyjnie negatywnie konotowana mniejszość.
Kierownik CBU, prof. Michał Bilewicz, skomentował te wyniki argumentem, któremu nie można nic zarzucić metodologicznie i który dokładnie dlatego jest tak skuteczny: asymetria jest zrozumiała, bo grupy mniejszościowe i nieposiadające władzy zawsze żywią silniejszy negatywny stosunek do grup dominujących – tak jak czarni Amerykanie mają mniej zaufania do białych niż odwrotnie. Jest to argument znakomicie ilustrujący mechanizm, o którym piszę: danych nie można obalić, więc reinterpretuje się je tak, by nie wymagały żadnych wniosków praktycznych. Wyborcy ówczesnej opozycji stają się w tej narracji zbiorową mniejszością, która tylko odpowiada na opresję – i w ten sposób każda ilość nienawiści zostaje z góry usprawiedliwiona, zanim ktokolwiek zdąży zapytać, o jaką dokładnie opresję chodzi i czy jej skala uzasadnia dehumanizację przewyższającą tę wobec tradycyjnie dehumanizowanych. Badanie własnego centrum zamknięto kluczem, który uniemożliwia z niego wyjście.
Asymetria nienawiści nie jest kwestią wyłącznie emocji. Jest kwestią infrastruktury, a ta infrastruktura jest po jednej stronie. Rządząca strona liberalna dysponuje dziś w Polsce niemal całością przestrzeni medialnej o rzeczywistym zasięgu: dominującymi portalami internetowymi, największymi stacjami telewizyjnymi, tygodnikami opinii kształtującymi język dyskusji, rozgłośniami radiowymi, a ponad to środowiskami akademickimi, instytucjami kultury i systemem grantodawczym, w których przynależność do właściwej orientacji światopoglądowej jest warunkiem uczestnictwa, a nie przedmiotem dyskusji. Strona konserwatywna, będąca dziś w opozycji, posiada dwa tygodniki, dwie gazety i dwie telewizje. To nie jest rynek medialny – to jest oblężenie.
Maszyneria narracyjna nie działa jednak przez megafony. Działa przez kategorie: kto kontroluje język opisu rzeczywistości, kontroluje to, co jest w tej rzeczywistości widzialne jako problem, kto jest ofiarą, a kto sprawcą, co wymaga interwencji, a co jest normalnym stanem rzeczy. W Polsce tę kontrolę posiada strona, która uważa się za otwartą, tolerancyjną i pluralistyczną – i która używa tych wartości dokładnie tak, jak każda hegemonia używa swoich narzędzi: do wyznaczania granic akceptowalnej obecności w debacie publicznej. Kto ma tradycyjne poglądy i nie podoba mu się polityka rządu, ten staje się problemem wymagającym diagnozy, nie rozmówcą oczekującym odpowiedzi.
Procedura jest precyzyjna. Człowiek otrzymuje etykietę – fundamentalista, katotalib, populista, nacjonalista, której funkcją nie jest opis, lecz wyrok. Raz oznaczony przestaje być słuchany, bo wszystko, co powie, zostanie odczytane przez pryzmat etykiety, nie przez pryzmat treści. Następuje dehumanizacja: przestaje być profesorem, dziennikarzem, ojcem rodziny, staje się funkcją systemu, który należy wykreślić z rzeczywistości. Potem wykluczenie – z debaty, z instytucji, z możliwości finansowania, z zaproszeń, z cytowań. Procedura jest na tyle rozproszona, że trudno wskazać odpowiedzialnego: każdy podmiot, który odmawia współpracy, robi to z własnych i lokalnie uzasadnionych powodów. Razem tworzą sieć cichej egzekucji reputacyjnej, po której zostaje jedynie ślad w wyszukiwarce odpowiednio spreparowany – i przekonanie świadków, że skoro coś takiego się stało, musiało być za co.
Najbardziej przerażające w tej architekturze jest jednak to, co robi z jej uczestnikami po stronie liberalnej – nie z ofiarami, lecz z tymi, którzy wierzą, że działają słusznie. Polska debata publiczna wytworzyła po tej stronie coś, czemu trudno znaleźć właściwą nazwę, bo żadna z dostępnych nie oddaje osobliwości zjawiska. Hipokryzja jest za prosta – zakłada świadomą niezgodność między słowami a czynami, tymczasem tu mamy do czynienia z czymś głębszym: z niezdolnością do zobaczenia własnych praktyk jako należących do tej samej klasy zjawisk, których szuka się i potępia się u przeciwników. Jest to z jednej strony zjawisko, które psychologia opisuje słowem „projekcja”. Z drugiej – jest to głębokie zakłamanie, idące głębiej niż tylko mylne poglądy na jakąś oczywistą kwestię. Obserwując glebokość afektów ze strony wyznawców liberalizmu w Polsce moża pokusić się w wielu wypadkach o diagnozy kliniczne. Ktoś, kto szczerze nienawidzi przemocy i uczestniczy w rytuale wykluczenia, nie jest hipokrytą – jest osobą, której system poznawczy przetwarza te dwa fakty w osobnych rejestrach, tak że nigdy się nie spotkają. Ktoś, kto szczerze wierzy w dialog i odmawia go z góry wobec pewnej kategorii rozmówców, nie doświadcza żadnego wewnętrznego tarcia – bo tamci po prostu nie są rozmówcami. Są problemem. Środowisko, w którym jeden „błędny” pogląd w jednej kwestii wystarczy, żeby utracić prawo do obecności, nie postrzega siebie jako środowiska wykluczającego. Postrzega siebie jako środowisko dbające o standardy. Jest to niezdolność do zobaczenia własnych praktyk jako należących do tej samej klasy zjawisk, które potępia się u przeciwników. Kiedy prawicowy publicysta atakuje kogoś agresywnie, jest to dowód jego nietolerancji. Kiedy lewicowy publicysta robi to samo – jest obroną konieczną wartości. Ten mechanizm asymetrycznej percepcji własnych działań był centralnym wynikiem badań CBU i centralnym wynikiem, który środowiska liberalne jako pierwsze zakwestionowały – interpretując go natychmiast jako efekt strukturalny, nie jako diagnozę własnego zachowania.
Konsekwencją jest zanik języka wspólnego, stanowiący coś więcej niż tylko retoryczny kłopot. Słowo naród w ustach konserwatysty znaczy wspólnota historyczna i zobowiązań – w uszach liberalnego rozmówcy brzmi jak zapowiedź nacjonalizmu i przemocy. Tradycja znaczy zakorzeniony sposób życia i brzmi jak szykanowanie mniejszości. Wiara znaczy głęboki akt egzystencjalny i brzmi jak obskurantyzm. W takiej sytuacji nie istnieje żaden punkt wyjścia do rozmowy, bo każde słowo zanim jeszcze zostanie użyte jest już osądzone. Debata, która się nie odbywa, staje się fikcją, na której buduje się złudzenie pluralizmu.
Suwerenność narodu nie wyczerpuje się w granicach i wojsku. Mierzy się zdolnością do zbiorowego widzenia siebie – do odróżniania prawdy od fałszu, obrazu od jego manipulacji, sporu o wartości od operacji jego instrumentalizacji. Polska, która spogląda w lustro rozbłyskujące tysiącem ekranów liberalnej korekty, nie widzi siebie. Widzi sekwencję wyroków o sobie, skonstruowanych gdzie indziej i na czyjś rachunek.
Suwerenność poznawcza nie jest abstrakcją – jest warunkiem wszelkiej innej suwerenności, bo bez niej niemożliwe jest ani stanowienie prawa, które naród rozumie jako własne, ani podejmowanie decyzji strategicznych w oparciu o prawdziwy obraz własnej sytuacji.
Wyjściem z tej sytuacji nie jest apel o dialog. Dialog jest niemożliwy, dopóki jedna strona posiada infrastrukturę narracyjną, która pozwala jej definiować warunki każdej rozmowy – włącznie z warunkami jej zakończenia. Wyjście zaczyna się od trzeźwego opisania tego, co istnieje. Od porzucenia słowa polaryzacja na rzecz słów: operacja, asymetria, hegemonia narracyjna. Od zadania pytania, kto kontroluje język przestrzeni publicznej i w czyim interesie to czyni. Od odbudowy obecności konserwatywnej myśli w miejscach, z których została systematycznie usunięta: w mediach, na uczelniach, w instytucjach kultury, w debacie, która pretenduje do miana narodowej.
Wymaga to również czegoś trudniejszego niż zmiana struktury instytucjonalnej: żeby strona konserwatywna, której ta operacja dotyczy, przestała ją przyjmować jako naturalny stan rzeczy. Każde milczenie w momencie, gdy wyklucza się kogoś bliskiego własnym przekonaniom musi się spotkac z oporem. Każde cofnięcie, gdy etykieta okazuje się skuteczna. Każda odmowa zabrania głosu, bo akurat nie jest właściwy moment musi być rozpoznana. To są nie tylko indywidualne zaniedbania – to są cegiełki systemu, który rośnie właśnie dlatego, że nikt po tej stronie nie zdecydował się go naprawdę zatrzymać.
Naród żyje wtedy, gdy zachowuje zdolność do mówienia o sobie własnym językiem, a nie językiem cudzych kategorii, cudzych wyroków, cudzych etykiet nałożonych przez tych, którzy mają interes w tym, żeby był niezdolny do zobaczenia siebie.
Polska, która wyjdzie z tej operacji silniejsza, to nie Polska, która nauczyła się lubić swoich oponentów politycznych i milczeć na swój temat. To Polska, która nauczyła się rozpoznawać strukturę gry prowadzonej przeciwko niej – i która odmówiła roli ofiary oczekującej na reinterpretację własnej egzystencji.

