Próg wstydu

Zapisz się do newslettera aby otrzymywać informacje o nowych tekstach!

Czy Polska może być krajem sensu, gdy granica mowy się rozmywa?

W cyklu „W poszukiwaniu Polski jako kraju sensu” powracam do pytania, które z pozoru wydaje się zbyt ogólne, by mogło mieć ciężar polityczny, a jednak od niego wszystko zależy. Czy istnieje jeszcze wspólna przestrzeń znaczenia – taka, w której słowa zachowują zdolność łączenia ludzi, choć ci ludzie myślą zróżnicowanie, żyją w różny sposób, głosują inaczej.

W samym słowie „porozumienie” kryje się „rozumienie”, czyli gotowość do przyjęcia, że drugi człowiek nie jest jedynie przeszkodą na drodze do własnej racji. Rozumienie nie oznacza zgody. Oznacza przyjęcie, że istnieje wspólna miara, do której można się odwołać, gdy słowa zaczynają ranić bardziej niż wyjaśniać. Bez tej miary człowiek przestaje być partnerem rozmowy, a staje się figurą, którą można przesunąć, ośmieszyć, usunąć z pola widzenia.

Kraj sensu nie rodzi się z jednomyślności, lecz z przekonania, że spór ma granice, których przekroczenie podcina gałąź, na której wszyscy siedzimy. Wspólnota, która w języku nie uznaje żadnych granic, z czasem traci zdolność rozpoznawania tego, co wspólne. Najpierw znika zawstydzenie, które dawniej zatrzymywało rękę przed napisaniem słowa ostatecznego. Następnie znikają odruchy obronne wobec pogardy. A w końcu człowiek przyzwyczaja się do tonu, który jeszcze niedawno byłby nie do przyjęcia.

Sens nie istnieje w próżni. Powstaje między ludźmi, którzy uznają, że mowa zobowiązuje. Gdy zobowiązanie zostaje zastąpione przez dowolność, przestrzeń wspólna kurczy się do rozmiaru własnego kręgu oddziaływania. Jeżeli granica mowy się rozmywa, wspólnota nie rozpada się nagle. Stopniowo traci subtelne spoiwa zapisane w obyczaju i pamięci. Bez nich kraj trwa nadal jako terytorium i aparat instytucjonalny, ale przestaje być miejscem, w którym słowa cokolwiek znaczą i do czegokolwiek zobowiązują. Taka jest przyczyna dzisiejszego uwiądu przekazu politycznego.

Trzeba to powiedzieć wprost: degradacja języka nie jest sprawą obyczaju. Jest sprawą antropologiczną. Człowiek istnieje w języku, a nie obok niego i nie poza nim. W języku poznaje siebie, rozpoznaje drugiego, nadaje kształt doświadczeniu, które bez słowa pozostałoby chaosem wrażeń. Kiedy język zostaje sprowadzony do narzędzia nacisku, zmienia się coś więcej niż sposób mówienia. Zmienia się obraz tego, kim jest człowiek, a wraz z nim struktura wspólnoty, która na tym obrazie się opiera. Pogarda nie polega tylko na użyciu złego słowa. Polega na odmowie uznania, że po drugiej stronie jest ktoś, kogo nie da się zredukować do funkcji, etykiety i przeszkody. Pogarda jest formą ontologicznej amputacji: odcina osobę od jej złożoności, od jej prawa do bycia kimś więcej niż figurą w sporze. Wspólnota, która na taką amputację przyzwala w codziennym języku, traci coś głębszego niż kulturę debaty, bo traci też wiedzę o tym, kim jest drugi człowiek – w tym najgłębszym znaczeniu.

To, co ontologiczne, nie mieszka w traktatach. Ujawnia się w komentarzu pod filmem na YouTube, w zdaniu rzuconym na parkingu, w poście, który pozbawia kogoś imienia, a zostawia odczłowieczający mem.

Rozmowa przy stole, przystanek pod blokiem, parking przed marketem. Telefon w dłoni, grupa osiedlowa, kilka zdań rzuconych między zakupami a powrotem do domu. Sceneria zwyczajna. A jednak w tej zwyczajności padają słowa, które jeszcze niedawno miały ciężar ostateczności.

W komentarzach pod krótkimi filmami, w wątkach toczących się godzinami, w odpowiedziach pisanych w biegu – „Zdychaj w mękach”, „Gnida”, „Sprzedawczyk”. Skróty odczłowieczające, jakby człowiek po drugiej stronie był już tylko funkcją, etykietą, przeszkodą. Dotyczą polityków, sąsiadów, nieznajomych. Dotyczą osób o znanych twarzach i etykietowanych przez media.

Reakcja bywa natychmiastowa, ale nie jest to sprzeciw. Pojawia się płomień, ironiczny śmiech, krótki znak aprobaty. Czasem milczenie, które w tej przestrzeni znaczy zgodę na ton. Wypowiedź, która jeszcze niedawno wywołałaby zażenowanie, nabiera rozpędu, bo jest czytana, komentowana, niesiona dalej przez mechanizm widoczności.

Stało się to tłem codzienności. Słowa, które kiedyś brzmiały jak przekroczenie, dziś nie wywołują nawet zdziwienia.

Przekroczenie przestało być rozpoznawalne jako przekroczenie.

Zmiana nie polega na tym, że wszyscy przyjęli ten język za własny. Wielu czuje dyskomfort, choć rzadko go nazywa. Granica straciła wyrazistość, wtopiła się w pejzaż. Z małymi wyjątkami nie obserwujemy gwałtownego wybuchu agresji, za wyjątkiem sytuacji, gdy media wskażą aktualnego wroga publicznego. W codzienności jest raczej powolne ścieranie się warstwy, która dawniej chroniła wspólną przestrzeń przed słowem ostatecznym. Wstyd nie znika z dnia na dzień. Cofając się, zostawia po sobie obojętność. A wraz z obojętnością przesuwa się norma.

Przez długi czas wydawało się, że odpowiedź jest prosta. Polityk wypowiada zdanie wykraczające poza dotychczasowy obyczaj, wywołuje sprzeciw, przetrwa falę oburzenia i wprowadza to zdanie do obiegu. Okno Overtona przesuwa się stopniowo, wraz z odwagą albo bezwzględnością tych, którzy mówią najgłośniej.

W epoce mediów masowych istniał jeszcze jeden element tej układanki: redakcja. Ona decydowała, czy dane słowo, dana prowokacja wyjdą poza margines. Nawet jeśli kierowała się własnymi sympatiami, wciąż była miejscem selekcji. Coś mogło zostać przemilczane, coś uznane za niegodne powtórzenia. Istniał filtr. Ten porządek uległ rozproszeniu. W epoce algorytmu redakcje owszem – istnieją. Ale słowo ostateczne, które kiedyś nazywano „grubym”, napędza ruch i przyciąga ludzką uwagę. A uwaga jest walutą. Redakcje skapitulowały. A raczej postanowiły płynąć na tej fali.

Wystarczy przypomnieć moment, w którym w przestrzeni publicznej pojawiło się „osiem gwiazdek”. Najpierw w formie dosłownej – „j…. PiS”. Na tym etapie okazało się, że w druku i na ekranie dosłowne napisanie tej obelgi podpada pod kodeks wykroczeń. Więc wprowadzono „osiem gwiazdek”, które stały się symbolem rozpoznawczym całego środowiska. Na pierwszy rzut oka żart językowy, gra z cenzurą. W istocie jest skrót niosący jednoznaczne wezwanie do wyeliminowania przeciwnika z pola politycznego. Hasło „wyp……”, które wybrzmiało podczas protestów ulicznych, znalazło się na transparentach, w relacjach telewizyjnych, w komentarzach celebrytów i polityków opozycji. Naukowcy uznali je za uprawnione w debacie publicznej. Brak reakcji państwowej na łamanie prawa (kodeksu wykroczeń) spowodował zatrucie przestrzeni debaty.

Mówię o fakcie językowym: słowo wulgarne, dotąd zamknięte w prywatnych rozmowach, zostało wprowadzone do oficjalnej przestrzeni publicznej i przyjęte jako dopuszczalne narzędzie opisu rzeczywistości. Media głównego nurtu powtarzały je bez skrępowania. Politycy, którzy jeszcze niedawno mówiliby o kulturze debaty, wtórowali temu tonowi, uznając, że taka jest temperatura chwili.

Z czasem pojawiły się analizy wskazujące, że podobne operacje językowe bywają wykorzystywane przez ośrodki dezinformacyjne działające poza Polską. W rosyjskich doktrynach wojny informacyjnej centralne miejsce zajmuje destabilizacja poprzez podsycanie skrajnych emocji i utrwalanie języka pogardy. Jednoznacznych dowodów, że konkretne hasło powstało na Kremlu, nie przedstawiono publicznie, ale śledztwa dotyczące sieci botów pokazywały, jak łatwo radykalne slogany są przechwytywane i wzmacniane przez anonimowe konta powiązane z zagranicznymi ośrodkami wpływu.

To jednak nie wyjaśnia wszystkiego. Hasło nie rozprzestrzenia się wyłącznie dlatego, że ktoś nim steruje. Rozprzestrzenia się, ponieważ trafia na podatny grunt. Jeżeli skrót, który wprost nawołuje do usunięcia przeciwnika, zostaje podjęty przez media i powtórzony przez polityków – oznacza to, że granica wcześniej już była osłabiona.

Kampania prezydencka 2025 roku pokazała to z nową ostrością. Tematy jeszcze niedawno marginalne, skróty redukujące złożone problemy do jednego oskarżenia, określenia odczłowieczające przeciwnika – to wszystko weszło w centrum debaty, ponieważ okazało się nośne. Wystarczyło kilka godzin, by jedno zdanie, rzucone w emocji, obiegło kraj.

Granica przesuwa się przez powtarzalność. Gdy wulgarne hasło zostaje powtórzone tysiące razy, traci ostrość. Gdy skrót, który był znakiem protestu, staje się elementem codziennego żargonu, zmienia się język wspólnoty. Pytanie o to, kto przesunął granicę, przestaje więc dotyczyć konkretnej partii czy redakcji. Dotyczy środowiska, w którym słowo krąży szybciej niż refleksja. Jeżeli w tym środowisku najbardziej nośne okazuje się to, co rani i upraszcza – właśnie ono zaczyna wyznaczać nową normę. A norma, nawet jeśli rodzi się z chwilowej furii, zostaje na dłużej niż emocja, która ją wywołała.

Wstyd miał kiedyś twarz. Pojawiał się w spojrzeniu, w krótkiej ciszy, w lekkim cofnięciu się rozmówcy. Rodził się między ludźmi, w przestrzeni, w której każde słowo miało wagę, ponieważ było wypowiadane wobec kogoś konkretnego. Kiedy ktoś przekraczał granicę, nie potrzebował paragrafu ani regulaminu. Wystarczało, że druga osoba przestawała słuchać, że rozmowa gasła, że zapadało milczenie cięższe niż najostrzejsza riposta.

Tej miary nie zapisano w żadnym kodeksie. Wyrastała z obyczaju, z pamięci wspólnych doświadczeń, z poczucia, że słowo może zranić w sposób, którego nie da się cofnąć. Wstyd działał jak niewidzialna linia, której nie należało przekraczać, jeśli chciało się pozostać we wspólnocie.

To doświadczenie uległo przemianie. W 2026 roku znaczną część rozmów prowadzimy w środowisku, w którym obecność drugiego jest pośrednia, rozproszona, sprowadzona do obrazu profilowego i krótkiej odpowiedzi. Komentarz nie znika w ciszy – może zostać wyniesiony ponad inne, jeśli wywoła poruszenie. To, co dawniej kończyło rozmowę, dziś może ją rozpędzić.

Powstał nowy porządek sankcji. Wykluczenie przybiera formę blokady; nagroda przychodzi w postaci widoczności. Wstyd przestaje być doświadczeniem wspólnotowym. Zostaje podporządkowany mechanizmowi, który działa wedle własnych, zewnętrznych kryteriów. Pogarda, która uderza wprost i bez wahania, okazuje się wydajna.

Do tego dochodzi przyspieszenie. Odpowiedź przychodzi niemal równocześnie z bodźcem; zanim pojawi się namysł, pojawia się impuls. Mechanizm widoczności tę skłonność wzmacnia: wypowiedź, która porusza, otrzymuje potwierdzenie w postaci reakcji. Spokojna argumentacja ginie w natłoku. Z czasem odhamowanie przestaje być potknięciem i zaczyna wyznaczać styl – ton podniesiony, skrót myślowy, etykieta zamiast opisu stają się czymś zwyczajnym. A styl mówienia przenika do sposobu myślenia. Człowiek przyzwyczaja się do rozstrzygania sporów w pierwszym odruchu; zamiast rozważać złożoność, sięga po skrót. Myśl potrzebuje czasu. Jeżeli czas zostaje zredukowany do ułamka sekundy, myśl ustępuje miejsca reakcji.

Jeżeli chcemy zrozumieć, dlaczego słowo brutalne tak łatwo zadomowiło się w polskiej przestrzeni publicznej, trzeba się cofnąć głębiej niż do epoki mediów społecznościowych. Trzeba spojrzeć na to, co stało się z polskim językiem w XX wieku, gdy znalazł się pod presją systemu, który traktował mowę jako narzędzie władzy.

W polskiej tradycji kultury wysokiej słowo miało rangę szczególną. Od Kochanowskiego przez Norwida po Miłosza i Herberta język był przestrzenią odpowiedzialności. Nawet w sporze, nawet w polemice, istniała świadomość, że słowo buduje świat albo go niszczy. W kulturze szlacheckiej istniał kodeks, w którym z obrazą można było rzucić rękawicę, ale nie wolno było dowolnie upokarzać. W kulturze inteligenckiej XIX i XX wieku słowo było narzędziem formacji wewnętrznej. Miało kształtować charakter, nie wyrażać jedynie emocję.

Wulgaryzmy oczywiście istniały – żyły w języku potocznym, w karczmie, w wojsku, w świecie ulicy. Między językiem prywatnym a publicznym istniała jednak wyraźna granica. Słowo „j….” należało do rejestru nieprzyzwoitego, wykluczonego z debaty, z tekstu prasowego, z przemówienia politycznego. Wysoką ceną za jego publiczne użycie była utrata powagi. Niebagatelnym elementem tego podejścia był fakt, że jest to słowo rosyjskie.

Komunizm podkopał tę granicę w sposób głębszy, niż się zwykło przyznawać. Propaganda nie polegała jedynie na kłamstwie. Polegała na systematycznym rozdzielaniu człowieka od jego imienia. W stalinowskiej prasie oskarżony przestawał być sobą: stawał się „elementem”, „reakcją”, „agentem obcego wywiadu”. Nie chodziło o publicystyczny skrót. Była to operacja językowa, której celem było ontologiczne wykluczenie: jeżeli ktoś jest „elementem”, nie przysługuje mu prawo do obrony, do wysłuchania i do bycia uznanym za osobę. Język walki klasowej wprowadzał taką kategorię ludzi, którzy z mocy samego nazwania przestawali podlegać regułom ludzkiego obcowania. Nowomowa nie łagodziła tej przemocy. Z natury rzeczy nadawała jej pozory porządku. Słowa brzmiały urzędowo, procedury wyglądały na legalne, a człowiek znikał za formułą, która czyniła jego los sprawą administracyjną.

Wychowanie w tamtym czasie nie polegało na kształtowaniu wrażliwości na słowo, polegało na przyswajaniu formuł. Po 1989 roku zmieniły się programy, wielu ludzi jednak pozostało na swoich miejscach. Głębokiej pracy nad oczyszczeniem języka nie przeprowadzono. Równolegle do oficjalnej nowomowy rozwijał się język ulicy, nasycony rusycyzmami i brutalizmami przyniesionymi przez armię i aparat represji. Słowo „j….” w przestrzeni publicznej jest jednym z wyraźnych śladów tej degradacji. W tradycyjnej polszczyźnie było obce kulturze wysokiej.

Gdy po transformacji otworzyła się przestrzeń wolności, nie towarzyszyła jej równie głęboka refleksja nad odpowiedzialnością za słowo. Wulgaryzm, który wcześniej krył się w prywatności, zaczął pojawiać się w mediach, w kulturze popularnej, w tekstach piosenek. Kiedy w przestrzeni publicznej pojawiły się hasła w rodzaju „j….” wymierzone w konkretną partię polityczną, nie były już postrzegane jako naruszenie normy. Stały się symbolem protestu. Media podjęły je jako znak czasu. Politycy powtarzali je jawnie. Słowo, które w tradycyjnej polszczyźnie było używane tylko w koszarach, wkroczyło na salony.

Instrumentalizacja języka, której nauczył komunizm, nie skończyła się wraz z nim, lecz przeszła przez transformację, w której wolność nie zdążyła zrosnąć się z odpowiedzialnością, i trafiła na algorytm. A ten nie pyta o intencję, lecz mierzy natężenie uwagi.

Herbert pisał o potrzebie wierności, Miłosz o odpowiedzialności za język, Norwid o trudzie myślenia. Dzisiejsza przestrzeń publiczna odwróciła się od tej miary. Chamstwo, które wchodzi na salony, jest sygnałem, że wspólnota przestaje chronić własną przestrzeń znaczeń.

Jeszcze niedawno istniała w Polsce gęsta tkanka miejsc, w których rozmowa była czymś więcej niż wymianą zdań. Zakładowa kantyna, pokój nauczycielski, parafialna salka, zebranie spółdzielni, kolejka na poczcie. Przestrzenie, w których ludzie, skazani na siebie przez wspólne życie, musieli nauczyć się trwać w sporze. Konflikt nie mógł być ostateczny, ponieważ następnego dnia należało znów spojrzeć sobie w oczy. Ostre słowo miało konsekwencję. Milczenie również.

Tego rodzaju miejsca chroniły wspólnotę przed eskalacją, ponieważ wymuszały ciąg dalszy. Nawet jeśli rozmowa była trudna, pozostawała w obrębie relacji, która miała swoją przyszłość. Dziś znaczna część sporów toczy się w przestrzeni takiej przyszłości pozbawionej. Wymiana zdań odbywa się między kontami, które mogą zniknąć równie szybko, jak się pojawiły. Słowo nie wraca do nadawcy w postaci zawstydzonego spojrzenia. Ono rozpływa się w strumieniu kolejnych reakcji. Jeżeli nie przewiduje się spotkania jutro, łatwiej jest dziś użyć słowa, które zamyka drogę powrotu.

Na tę przemianę nakłada się doświadczenie codzienności, w której wielu ludzi odczuwa ograniczony wpływ na sprawy publiczne. Wysokie ceny, rozbudowane procedury, bezradność wobec instytucji – wszystko to sprawia, że poczucie sprawczości słabnie. Najmocniejsze słowo daje chwilową ulgę. Obelga rzucona w stronę przeciwnika przynosi natychmiastowe wrażenie działania: widać reakcje, widać, że ktoś zareagował. To jednak jest namiastka sprawczości. Pogarda daje krótkotrwałe poczucie mocy, które nie prowadzi do zmiany rzeczywistości, pozostawiając po sobie pustkę.

Konieczne jest tu rozróżnienie, które bywa dziś rozmywane. Krytyka jest elementem życia publicznego. Może być stanowcza, może bez litości obnażać błędy i nadużycia, zachowując jednak przeciwnika w przestrzeni wspólnej. Zakładając, że po drugiej stronie stoi ktoś, z kim można się spierać. Pogarda działa inaczej: sprowadza człowieka do obelgi, zamienia go w znak, który należy wymazać. Nie prowadzi rozmowy. Przerywa ją.

W ostatnich latach wiele mówiono o brutalizacji życia publicznego, o potrzebie ustawowego wyznaczenia granic, o definicjach i paragrafach. Wszystko to dotyka powierzchni. Rdzeń tkwi w mechanizmie, który premiuje treści wywołujące silne emocje. W środowisku cyfrowym, w którym widoczność staje się walutą, przekroczenie normy przynosi korzyść. Jeżeli przekroczenie jest opłacalne, a brak reakcji oznacza zniknięcie, sam apel o kulturę nie odmieni obyczaju. Nie odmienią też przepisy prawa ani cenzura.

Najpoważniejszym zagrożeniem nie jest pojedynczy krzyk, ale przyzwyczajenie do krzyku. Instytucje nie rozpadają się w jednej chwili. Ich autorytet słabnie stopniowo, gdy język, którym się o nich mówi, traci powagę. Granice przesuwają się niepostrzeżenie, aż to, co dawniej było niedopuszczalne, staje się elementem codziennego pejzażu.

Jeżeli dziecko dorasta w świecie, w którym pogarda jest normą językową, nie nauczy się rozmowy. Nauczy się hierarchii wrogów.

Pytanie, czy Polska może być krajem sensu, nie dotyczy ustroju ani układu sił.

Dotyczy przestrzeni, w której słowo ma jeszcze ciężar większy niż chwilowa skuteczność. Żywa wspólnota zawsze będzie pełna napięć i ostrych starć.

Warunek jest inny. Rozmowa nie może zaczynać się od unieważnienia rozmówcy. Jeżeli pierwszy gest polega na odebraniu drugiemu prawa do istnienia w tej samej przestrzeni znaczeń, spór przestaje być sporem, a staje się walką o wymazanie.

Granicy nie przywróci żadna ustawa. Nie wyznaczy jej regulamin platformy. Odtwarza się ona w codziennych sytuacjach, w których człowiek decyduje, czy pozwoli, by słowo pogardy przeszło bez reakcji. Czasem wystarczy powiedzieć wprost, że to już nie jest krytyka. Czasem wystarczy nie podać dalej treści, która żeruje na gniewie. W małych gestach rozstrzyga się obyczaj.

Sens nie wraca sam z siebie, jakby był prawem natury.

Sens wymaga wysiłku, cierpliwości i pamięci o tym, że słowo zobowiązuje.

Gdzieś na obrzeżach tego hałasu stoi jeszcze stół, przy którym można usiąść. Nie trzeba się przy nim zgadzać. Trzeba przy nim wytrzymać ciszę, która zapada, gdy ktoś powie słowo za dużo.

I nie uciekać od niej.

Author: Maciej Świrski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.