Esej na podstawie rozdziału z książki „Unicestwianie. Czy Polska przetrwa epokę algorytmów?”
Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowych tekstach zapisz się do newslettera. Bez spamu, raz w tygodniu mail z informacją.
Okładka, która uderzyła w godność
Na jednej z okładek ogólnopolskiego tygodnika, w czasie kiedy Lech Kaczyński sprawował urząd Prezydenta Rzeczypospolitej, jego twarz została przerysowana tak, aby nie była już twarzą, lecz znakiem. Usta wykrzywione w grymasie, sylwetka sprowadzona do groteskowego zarysu, podpis sugerujący ocenę osoby, a nie namysł nad decyzją państwową. W studiach telewizyjnych utrwalał się podobny ton. Komentatorzy mówili tak, by widz wiedział, że patrzy na kogoś mniejszego, niewartego pełnego szacunku, jaki przysługuje urzędowi.
W pewnym momencie ten sposób mówienia przestał budzić sprzeciw. Stał się elementem krajobrazu. Włączało się program publicystyczny i było oczywiste, że pojawi się półuśmiech, aluzja, lekceważące mrugnięcie do odbiorcy. Pojedyncze publikacje zlały się w ciąg, ciąg w klimat, klimat w środowisko, w którym pogarda wobec urzędującej głowy państwa stała się towarzyskim kodem.
Z dystansu widać wyraźnie, że był to proces o własnej dynamice.
Nazwanie mechanizmu
Właśnie w tym czasie Piotr Zaremba wprowadził do obiegu określenie „przemysł pogardy”. Wskazał na powtarzalną operację ośmieszania, która zaczęła działać jak linia produkcyjna wytwarzająca określony obraz człowieka. Zobaczył strukturę tam, gdzie wielu widziało jedynie ostrą polemikę.
To rozpoznanie nie zatrzymało procesu. Termin został przyjęty z pobłażliwością, jakby sama próba nazwania mechanizmu była dowodem przesady. Pogarda trwała dalej, co pokazuje, że uruchomiony został tryb działania, który nie zależał już od jednego tytułu prasowego ani jednej redakcji.
Jak działa sekwencja
Mechanika była przejrzysta. Najpierw pojawia się etykieta, która przysłania życiorys i odpowiedzialność urzędu. Człowiek zostaje sprowadzony do uproszczonego obrazu, łatwego do powielania. Obraz zaczyna krążyć i wraca w kolejnych komentarzach, nagłówkach, programach, aż utrwala się jako coś oczywistego.
Wtedy ton ironii zajmuje miejsce rzeczowej rozmowy. Skoro uproszczony wizerunek został już przyjęty, wystarczy sugestia, gest, skrzywienie ust. Ironia odbiera sens polemice, bo polemika zakłada powagę. W efekcie osoba objęta takim procesem zostaje wypchnięta poza przestrzeń realnej debaty i funkcjonuje jako figura retoryczna, a nie jako partner sporu.
Od decyzji redakcyjnej do architektury algorytmu
W epoce mediów tradycyjnych taki proces wymagał czyjejś zgody. Okładkę zatwierdzał redaktor, linię programu przyjmował prowadzący, wydawca brał odpowiedzialność za kierunek narracji. Istniał moment, w którym podejmowano decyzję.
Wraz z przejściem do komunikacji algorytmicznej ciężar przesunął się w stronę infrastruktury. Algorytm nadaje pogardzie uprzywilejowaną pozycję, ponieważ promuje treści wywołujące gwałtowną reakcję i niewymagające namysłu. Emocja uruchamiana natychmiast ma przewagę nad argumentem, który potrzebuje czasu. W praktyce oznacza to, że krótkie, zaczepne komunikaty są szybciej podchwytywane i szerzej rozpowszechniane niż wyważone analizy.
W takim układzie obieg informacji przyspiesza wokół treści najbardziej drażniących. Wzmożona widoczność zachęca do kolejnych odpowiedzi, które podtrzymują napięcie. Powstaje zamknięty krąg wzajemnych wzmocnień. Przemysł pogardy przestaje być metaforą opisującą praktykę części mediów. Staje się nazwą środowiska komunikacyjnego, w którym uczestniczy niemal każdy, kto zabiera głos publicznie. Architektura systemu sprawia, że uproszczenie i ironia uzyskują przewagę nad spokojnym namysłem, a mechanizm zaczyna działać także wobec tych, którzy kiedyś potrafili nim kierować.
Język po pogardzie
Najgłębszy skutek ujawnia się w języku. Wulgaryzm jest tylko najbardziej widocznym objawem. Poważniejsze jest to, że przestrzeń publiczna traci zdolność budowania zdań, w których można pomieścić złożoność wspólnego doświadczenia. W obiegu utrwalają się krótkie formuły, które zamykają sens i zastępują myślenie gotowym rozstrzygnięciem.
Wspólnota polityczna potrzebuje języka pozwalającego mówić o sprawach wspólnych nawet wtedy, gdy różnimy się w ocenach. Kiedy język rozpada się na plemienne kody, zanika możliwość współodczuwania. Pozostają grupy reagujące na siebie nawzajem.
Przemysł pogardy nie musi dziś przyjmować formy spektakularnej okładki. Wystarczy sugestywny kadr, krótkie zdanie podane w odpowiednim momencie, gest podchwycony przez algorytm. Mechanizm żywi się reakcją. Każdy, kto go rozpoznaje, staje wobec wyboru, czy dołoży do tego obiegu własną energię. W książce „Unicestwianie. Czy Polska przetrwa epokę algorytmów” analizuję ten proces szerzej. Tutaj pozostaje obserwacja: architektura komunikacji została zbudowana tak, że najłatwiej rozchodzi się to, co upraszcza i poniża. Rozpoznanie tego faktu nie zatrzymuje mechanizmu, ale zmienia pozycję tego, kto w nim uczestniczy.
Tekst jest napisany w kontekście rozdziału książki, która pojawi się w przedsprzedaży na początku marca 2026

