Sól ziemi i pożyteczni idioci (X)


Aby otrzymywac informację o nowych tekstach zapisz sie do newslettera. Raz w tygodniu informacja, bez spamu.

Subscribe to our newsletter!

W poszukiwaniu Polski jako kraju sensu

„Wy jesteście solą ziemi. A jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.” (Mt 5, 13, z Kazania na Górze)

Te słowa Jezusa Chrystusa nie są metaforą pocieszenia ani obietnicą wpływu. Nie mówią o przewodnictwie moralnym, o elicie, o misji dziejowej. Mówią o funkcji granicznej.

Sól nie tworzy świata. Nie nadaje mu kierunku. Powstrzymuje rozkład, i jest potrzebna tylko tak długo, jak długo zachowuje własne właściwości. Gdy je traci, żadne nowe zastosowanie się dla niej nie znajdzie. Zostaje odrzucona.

„Sól ziemi” oznacza więc ludzi, którzy w pewnym momencie odmawiają dalszego tłumaczenia zła. Nie ludzi czystych moralnie, lecz takich, którzy uznają granicę, za którą kończy się wyjaśnienie, a zaczyna odpowiedzialność. Granicę, za którą krzywdy nie wolno już oswajać językiem sensu.

Przeciwieństwem soli ziemi nie jest tyran ani oprawca. Jest nim pożyteczny idiota, człowiek rozumu, który granicy nie stawia. Nie musi kłamać. Wystarczy, że potrafi rozpuścić fakty w narracji, a cierpienie w „procesie”. Dzięki niemu świat nie musi wyglądać jak piekło. Może wyglądać jak dobrze zarządzany mechanizm.

Ten konflikt w Polsce nie jest nowy. Trwa co najmniej trzysta lat, choć zmieniał nazwy i dekoracje. I zawsze dotyczył jednego pytania: czy istnieją rzeczy, których nie wolno usprawiedliwić żadnym projektem sensu, nawet wtedy, gdy projekt jest skuteczny, nowoczesny i poparty autorytetem wiedzy.

W XVIII wieku przybrał postać sporu między Rzecząpospolitą rozumianą jako wspólnota odpowiedzialności a państwem traktowanym jako narzędzie interesów i protektoratów; symbolicznym imieniem tego sporu stała się Targowica. W XIX wieku było to napięcie między tradycją niepodległościową a lojalizmem wobec imperiów, lojalizmem, który zawsze przedstawiał się jako realizm. W XX wieku konflikt ten osiągnął formę najostrzejszą: starcie tych, którzy uznali, że zbrodnia nie może być ceną historii, z tymi, którzy uznali, że historia ma prawo do ofiar.

Dziś bywa opisywany skrótem publicystycznym: „trzecie pokolenie UB kontra trzecie pokolenie AK”. Sformułowanie genealogicznie niedokładne, ale strukturalnie trafne. Nie chodzi o krew ani nazwiska, chodzi o dziedziczenie postaw. Jedni dziedziczą przekonanie, że władza zawsze ma rację, jeśli potrafi ją uzasadnić ekspercko. Drudzy, że są decyzje, których nie wolno podjąć nawet wtedy, gdy są racjonalne.

W tym miejscu pojawia się figura, która pozwala zobaczyć mechanizm w czystej postaci. Nazwijmy ją profesorem Ygrekiem.


Profesor Ygrek nie rodzi się profesorem. Rodzi się w odpowiednim momencie historii. Jego młodość przypada na czas, w którym państwo wie lepiej, a jednostka powinna nauczyć się, że bezpieczeństwo jest ważniejsze niż prawda. Zaczyna więc wcześnie, w strukturach młodzieżowych, zespołach wychowawczych, pionach analizy nastrojów. Nie nosi broni. Nosi notes. Już wtedy uczy się, że władza najbardziej ceni tych, którzy potrafią opisywać rzeczywistość w sposób użyteczny.

Filozofia przychodzi później. Marksizm dociera do niego przede wszystkim jako maszyna sensu. Oferuje świat, w którym wszystko ma przyczynę, kierunek i usprawiedliwienie. Historia przestaje być dramatem decyzji, a staje się procesem. Jeśli pojawia się zło, to dlatego, że „etap dziejowy tego wymagał”. Odpowiedzialność zostaje przeniesiona z ludzi na strukturę.

Z czasem filozofia okazuje się zbyt ogólna. Władza potrzebuje narzędzi precyzyjnych. Profesor Ygrek przechodzi więc do socjologii, i tu zaczyna się jego prawdziwa kariera. Badania empiryczne, modele postaw, analizy napięć społecznych. Dorobek jest realny, metodologicznie poprawny, czasem nowoczesny. Nie jest miernotą. Właśnie dlatego jest cenny.

Socjologia w jego wydaniu nie służy poznaniu granicznemu. Służy optymalizacji władzy. Pokazuje, gdzie społeczeństwo jest kruche, jak rozładować frustrację, jak zmienić język, żeby bunt stał się zmęczeniem. Przemoc przestaje być pierwszym narzędziem. Zastępuje ją zarządzanie nastrojem.

W pewnym momencie Ygrek trafia do struktur centralnych. Komitety, rady, zespoły eksperckie. Nie wydaje rozkazów. Opisuje rzeczywistość. A opis, który nosi pieczęć nauki, staje się normą. Władza nie mówi już „tak trzeba”. Wystarczy, że powie: „tak wynika z badań”.

Moment graniczny nigdy nie nadchodzi. Albo nadchodzi i zostaje nazwany inaczej: „kryzysem przejściowym”, „kosztem modernizacji”, „nieuniknionym napięciem”. Fakty nie unieważniają teorii. Teoria zawsze potrafi fakty wchłonąć.

Po zmianie ustroju Ygrek nie musi się zmieniać. Znika ideologia, zostaje funkcja. Inny język, te same metody. Ten sam spokój sumienia. Nigdy nie powie „myliłem się”, bo nie widzi powodu. W jego świecie sens zawsze wygrywa z krzywdą.

I tu dochodzimy do punktu, w którym prosty podział na sól ziemi i pożytecznych idiotów przestaje wystarczać.

Między nimi istnieje figura trzecia: tragik nowoczesności. To ktoś, kto widzi granicę, rozumie, że została przekroczona, i mimo to decyduje się ją przekroczyć jeszcze raz, już świadomie. Nie z naiwności. Z przekonania, że cofnięcie się oznaczałoby katastrofę większą niż trwanie w złu.

Polska historia zna takie figury. Zna oficera, który zdradził państwo, by ocalić naród, tragika, który zapłacił za to życiem na wygnaniu. Zna też człowieka, który spalił się na trybunie pełnego stadionu, już nie jako tragik, lecz jako sól doprowadzona do białego żaru, czysta odmowa, która zadziałała w próżni. Tragik okazuje się skuteczny, sól bezsilna.

To ważne, bo bez tej komplikacji „sól ziemi” łatwo staje się mitologią. Równie wygodną jak narracje, które miała demaskować. Różnica między solą ziemi a pożytecznym idiotą nie polega więc na nieomylności. Polega na gotowości zapłacenia ceny za odmowę dalszego tłumaczenia, nawet jeśli ta odmowa okaże się błędem.

Pożyteczny idiota zawsze ma jeszcze jedno wyjaśnienie.

Sól ziemi, jeśli się myli, myli się bez alibi.

Dlatego profesor Ygrek, ze swoją doskonałą ciągłością i zdolnością adaptacji, pozostaje figurą rozumu, który nigdy nie ryzykuje utraty sensu. Jego świat jest spójny, ale zamknięty. Nie wybucha. Gnije, powoli, w rytmie procedur.

„Jeśli sól utraci swój smak, na nic się już nie przyda.”

To zdanie nie obiecuje zwycięstwa. Ostrzega przed bezużytecznością. Przed światem, w którym wszystko da się wyjaśnić, a niczego nie da się zatrzymać. Przed momentem, w którym rozum przestaje być granicą, a staje się narzędziem.

I to jest pytanie, które w Polsce wraca uparcie: nie kto ma rację, lecz kto w odpowiednim momencie zgodzi się przestać być użyteczny.

Author: Maciej Świrski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.